środa, 18 kwietnia 2012

WĘŻOWE WAHADŁO


Nie chcieliśmy za wiele, mieliśmy swoje butelki, ściskaliśmy je kurczowo pod pachą. Rzeka nas kochała, nawet zimą potrafiła się uśmiechnąć leniwą krą. Wtedy paląc mocne papierosy można było z nią rozmawiać przez całą noc, a siarczane wróżki tuliły nas do snu.

Ona przychodziła znienacka, wprawiała w ruch wężowe wahadło. Kreśliła ósemki, kółka, półokręgi i nikt jeszcze o tym nie wiedział.

Ona miała wszystkie mądrości świata w jednym oddechu

Ona znała tajemnice ludzi i zwierząt, znała przyszłość wyczytując ją z gasnących świateł tego miasta.

Co to jest? Pytaliśmy budząc się pokryci pierwszym szronem gdzieś na skraju przyzwoitości. Patrząc w bezlitosne twarze policjantów, patrząc w bezdenne czeluści portfeli, patrząc na odrywające się od ziemi skrawki sennych mar.
Co to jest? Pytaliśmy pokazując na wszystkie strony świata, wiedząc, że nie poznamy wszystkich tych krain do których tęsknimy po zamknięciu oczu, za którymi płaczemy po ich otwarciu.

Nie chcieliśmy za wiele. Marzyliśmy jedynie o zdjęciu z siebie przekleństwa naszych ojców. Marzyliśmy tak bardzo, że nawet nie zauważyliśmy jak kopiujemy  ich zgarbione postacie. Przylepione do kuchennego półmroku, zafascynowane wystygłą dawno herbatą, mające w głowach najpiękniejsze idee tego świata.

            Poznawaliśmy wszystkie wrażenia, ze wszystkich pór dnia, wszystkie lęki z każdej pory po zmierzchu. Tylko po to by się ich potem wyrzekać, przechodzić na drugą stronę ulicy, spuszczać głowę wtapiając swe postacie w pokancerowane twarze kamienic. Nigdy nie mogliśmy się nauczyć szkicować dobrych obrazów. Zawsze uciekał nam kolor, drżała ręka, linia była przerywana, ledwo widoczna. Pomysł na dzieło trwał bardzo krótko, szybko nasiąkał banałem, później wyparowywał. Tylko chwilę żałowaliśmy, naprawdę krótką. W głębi duszy było jasne, że nie będziemy go w stanie pielęgnować. Doprowadziliśmy przecież do przed wczesnej śmierci wszystkie zwierzęta jakie żyły kiedyś w naszym domu. Ten zaś zawsze był daleko, z biegiem lat stawał się mityczną krainą. W zadymionych barach opowiadamy sobie o nim różne historie. Potem tworzymy nowe, mamy taki głód, na kilka sekund go zaspokajamy ogrodem, białym płotem, wodnym oczkiem…całą serią takich pierdół. 



Ona ma swoje siedlisko w sekretnych miejscach naszego dzieciństwa, śmieje się obłąkańczo co siedem lat. Wprawia w ruch wężowe wahadło.
Elipsa.
Ósemka.
Kółko.
W prawo.
W lewo.
To wiedźma – rdza jej włosów ma tysiąc lat.
Zobaczyliśmy ją na ramieniu naszych księżniczek, właściwie to piekielnych dam zaczynających się na wszystkie litery alfabetu. Mających wszystkie kolory włosów, oczu, wszystkie typy figury. Spółkujących z wężami i dających nam owoce z zakazanych drzew.

Wahadło zaciska na krtani, wyszeptawszy starożytne mantry do wnętrza ziemi, których znaczenie zna tylko ona, zwalnia uścisk. Patrzy z żalem, znów siada nad rzeką, znów wprawia je w ruch, znów nikt nic o niej nie wie.

Nie chcieliśmy za wiele, marzyliśmy o abstrakcjach, chcieliśmy być tylko zwykłymi magami, czasem przechadzającymi się po wodzie.

piątek, 13 kwietnia 2012

Mały Zapisek



Dość ciepło, nawet w kurtce za gorąco, pierwszy taki dzień w roku. Na dworcu już solidny tłumek czeka na legendarną „Strzałę Północy” relacji Toruń Główny – Malbork (przez Chełmżę, Kornatowo, Grudziądz i jeszcze kilka innych metropolii).
Kac jest potworny, kilka piw, odrobina wódki – to zawsze gwarantuje ciężki poranek. Jasne, „Nie miesza się”. Kurwa, oczywiście, że się nie miesza i każdy o tym dobrze wie, każdy też o tym zapomina kiedy na stole jakaś dobra dusza stawia butelkę orzechowej Soplicy. Tak, wtedy alkoholizacja stanowczo nabiera tępa. Czasami przybiera formę sprintu, czasem bieg przez płotki, a nie daj Bóg czasem przekształca się w maraton. Ja osobiście preferuję krótsze dystanse, na 1000 metrów, to takie w miarę optymalne. Chociaż w pewnych momentach mego życia  bywałem i maratończykiem, rzekłbym nawet, że całkiem niezłym.
Ale dziś pewnie wyplułbym swój żołądek, razem z wątrobą oraz całą masą innych narządów wewnętrznych. Kondycja u mnie daleka od olimpijskiej formy.
Mniejsza z tym, głowa nawet mnie aż tak nie boli, bardziej zatoki. O tak zatoki bolą jak jasna cholera. Zawsze po chlaniu naparzają jak dzikie. Mam wtedy wrażenie, że nozdrza oraz płat czołowy zaraz eksplodują i zaświnię sobie krwią cały świat w zasięgu mego wzroku. Taka akcja na dworcu Toruń Miasto byłaby nawet zabawna, zwłaszcza teraz. No bo wyobraźcie sobie jak czekacie na pociąg, jest piękna pogoda, chce się żyć…aż tu SRU! Gościowi obok wybucha twarz! Jego skóra i mięsiwo walają się po całym peronie, ptaki mają używanie, ludzie zaczynają wymiotować. Dzieci oraz kobiety krzyczeć, albo nie, wszyscy zaczynają krzyczeć! Prawda, że zabawne?
Tak, na kacu zawsze mam galopadę potwornych wizji. No dobra, na trzeźwo też.

          Pociąg jak zwykle „subtelnie” podjeżdża na stację. Ej, naprawdę z tą eksplozją to niewiele brakuje. Ładuję się do przodu, zawsze tak robię, bez specjalnego powodu, po prostu.
Wszystko zajęte, będę siedział albo naprzeciwko kogoś, albo obok kogoś, albo pomiędzy kimś a kimś. Intuicja, której zawsze należy słuchać, posadziła mnie naprzeciwko jegomościa w kowbojskim kapeluszu, czerwonej z przepicia twarzy oraz długich siwych włosach. Widzę jego spojrzenie i wiem, że będzie to ciekawa podróż do Grudziądza.
Wyciągam chusteczkę higieniczną i chce czyścić okulary. Z tym to zawsze problem, albo jakieś tłuste smugi, albo pył, albo kurz, albo seria innych gówien czyhających na szkiełka do oglądania świata.
- Czekaj, nie tym. – Jegomość wyciąga specjalną czystą szmatkę, taką do czyszczenia monitorów i takich tam. Podaje mi ją. Jestem zaskoczony, dziękuję mu, z namaszczeniem wycieram okulary.
Jegomość bierze komórkę, coś czyta.
- Aniołek, kurwa, aniołek. Tak mówiła na niego ciotka, bo każdy broił a on nawet jak zbroił to zawsze miał niewinną minę. Jadę do niego, to kuzyn. Chcesz piwo?
Chciałem.
Podał mi Lecha i przedstawił się jako Robert.
Pijemy rzecz jasna dyskretnie, ale pani konduktor nic by nie powiedziała, znam ją z widzenia, ona także mnie zna. Kiedyś jak wracałem ostatnim pociągiem to też piła piwo, mniej dyskretnie, wtedy znacząco odwróciłem twarz do okna. A dziś sprawdza bilety i uśmiecha się do mnie.
- Wiesz, jadę na pogrzeb, przyjaciel zrobił nam na złość i umarł na zawał – głupi chuj. Był jak brat, masz brata? Bo ja nie mam a zawsze chciałem. – Robert ma dziwne oczy, jak u dziecka co ciągle odkrywa z pasją każdy skrawek planety. Takie iskry osadzone w twarzy wyglądającej na tysiąc lat.
Milczymy przez chwilę, mijamy wypalane trawy. Piwo jest dobre, łagodzi ból moich zatok, kac ustępuje.
- Bóg musi być strasznie złośliwym skurwysynem. - Powiedział szeptem wiekowy kowboj
- Czemu?
- Po prostu, rozglądam się i tak właśnie myślę. Wiesz, bo jak bym był Bogiem, też nie mógłbym się powstrzymać. – Bierze drugie piwo, szybko pije.. – Nie chce wysiadać trzeźwy w Grudziądzu, rozumiesz?
Rozumiem go.
Dosiadają się do nas dwie młode kobiety, jedna z nich przez chwilę patrzy mi w oczy, potem szybko odwraca wzrok. Kiedy kilka osób wysiada w Kornatowie, natychmiast od nas uciekają. Co zobaczyłaś pod moją powieką? Wrażliwa istoto z pięknego czystego świata, a może z takiego jak mój i to Cię tak przeraża?
Robert bierze głęboki wdech:
- Wiesz, kiedyś napiszę książkę.
O, jak każdy, myślę sobie.
- O czym?
- O wszystkim kurwa.

Grudziądz Przedmieście, syf, kiła i mogiła, wysiadamy. Miasto o którym jeszcze nie raz napiszę, wita swym ponurym uśmiechem.
Żegnamy się nadal nic o sobie nie wiedząc.
Zapach wypalanych traw jest wszechobecny.