Nie chcieliśmy
za wiele, mieliśmy swoje butelki, ściskaliśmy je kurczowo pod pachą. Rzeka nas
kochała, nawet zimą potrafiła się uśmiechnąć leniwą krą. Wtedy paląc mocne
papierosy można było z nią rozmawiać przez całą noc, a siarczane wróżki tuliły
nas do snu.
Ona przychodziła znienacka,
wprawiała w ruch wężowe wahadło. Kreśliła ósemki, kółka, półokręgi i nikt
jeszcze o tym nie wiedział.
Ona miała wszystkie mądrości
świata w jednym oddechu
Ona znała tajemnice ludzi i
zwierząt, znała przyszłość wyczytując ją z gasnących świateł tego miasta.
Co to jest? Pytaliśmy budząc się
pokryci pierwszym szronem gdzieś na skraju przyzwoitości. Patrząc w bezlitosne
twarze policjantów, patrząc w bezdenne czeluści portfeli, patrząc na odrywające
się od ziemi skrawki sennych mar.
Co to jest? Pytaliśmy pokazując
na wszystkie strony świata, wiedząc, że nie poznamy wszystkich tych krain do
których tęsknimy po zamknięciu oczu, za którymi płaczemy po ich otwarciu.
Nie chcieliśmy za wiele. Marzyliśmy
jedynie o zdjęciu z siebie przekleństwa naszych ojców. Marzyliśmy tak bardzo,
że nawet nie zauważyliśmy jak kopiujemy ich zgarbione postacie. Przylepione do
kuchennego półmroku, zafascynowane wystygłą dawno herbatą, mające w głowach najpiękniejsze
idee tego świata.
Poznawaliśmy
wszystkie wrażenia, ze wszystkich pór dnia, wszystkie lęki z każdej pory po
zmierzchu. Tylko po to by się ich potem wyrzekać, przechodzić na drugą stronę
ulicy, spuszczać głowę wtapiając swe postacie w pokancerowane twarze kamienic. Nigdy
nie mogliśmy się nauczyć szkicować dobrych obrazów. Zawsze uciekał nam kolor,
drżała ręka, linia była przerywana, ledwo widoczna. Pomysł na dzieło trwał
bardzo krótko, szybko nasiąkał banałem, później wyparowywał. Tylko chwilę żałowaliśmy,
naprawdę krótką. W głębi duszy było jasne, że nie będziemy go w stanie
pielęgnować. Doprowadziliśmy przecież do przed wczesnej śmierci wszystkie zwierzęta
jakie żyły kiedyś w naszym domu. Ten zaś zawsze był daleko, z biegiem lat
stawał się mityczną krainą. W zadymionych barach opowiadamy sobie o nim różne
historie. Potem tworzymy nowe, mamy taki głód, na kilka sekund go zaspokajamy
ogrodem, białym płotem, wodnym oczkiem…całą serią takich pierdół.
Ona ma swoje siedlisko w
sekretnych miejscach naszego dzieciństwa, śmieje się obłąkańczo co siedem lat.
Wprawia w ruch wężowe wahadło.
Elipsa.
Ósemka.
Kółko.
W prawo.
W lewo.
To wiedźma – rdza jej włosów ma
tysiąc lat.
Zobaczyliśmy ją na ramieniu
naszych księżniczek, właściwie to piekielnych dam zaczynających się na
wszystkie litery alfabetu. Mających wszystkie kolory włosów, oczu, wszystkie
typy figury. Spółkujących z wężami i dających nam owoce z zakazanych drzew.
Wahadło zaciska na krtani, wyszeptawszy
starożytne mantry do wnętrza ziemi, których znaczenie zna tylko ona, zwalnia
uścisk. Patrzy z żalem, znów siada nad rzeką, znów wprawia je w ruch, znów nikt
nic o niej nie wie.
Nie chcieliśmy za wiele,
marzyliśmy o abstrakcjach, chcieliśmy być tylko zwykłymi magami, czasem
przechadzającymi się po wodzie.