Dość ciepło,
nawet w kurtce za gorąco, pierwszy taki dzień w roku. Na dworcu już solidny
tłumek czeka na legendarną „Strzałę Północy” relacji Toruń Główny – Malbork (przez
Chełmżę, Kornatowo, Grudziądz i jeszcze kilka innych metropolii).
Kac jest potworny, kilka piw,
odrobina wódki – to zawsze gwarantuje ciężki poranek. Jasne, „Nie miesza się”.
Kurwa, oczywiście, że się nie miesza i każdy o tym dobrze wie, każdy też o tym
zapomina kiedy na stole jakaś dobra dusza stawia butelkę orzechowej Soplicy. Tak,
wtedy alkoholizacja stanowczo nabiera tępa. Czasami przybiera formę sprintu,
czasem bieg przez płotki, a nie daj Bóg czasem przekształca się w maraton. Ja
osobiście preferuję krótsze dystanse, na 1000 metrów, to takie w
miarę optymalne. Chociaż w pewnych momentach mego życia bywałem i maratończykiem, rzekłbym nawet, że
całkiem niezłym.
Ale dziś pewnie wyplułbym swój
żołądek, razem z wątrobą oraz całą masą innych narządów wewnętrznych. Kondycja
u mnie daleka od olimpijskiej formy.
Mniejsza z
tym, głowa nawet mnie aż tak nie boli, bardziej zatoki. O tak zatoki bolą jak
jasna cholera. Zawsze po chlaniu naparzają jak dzikie. Mam wtedy wrażenie, że
nozdrza oraz płat czołowy zaraz eksplodują i zaświnię sobie krwią cały świat w
zasięgu mego wzroku. Taka akcja na dworcu Toruń Miasto byłaby nawet zabawna,
zwłaszcza teraz. No bo wyobraźcie sobie jak czekacie na pociąg, jest piękna
pogoda, chce się żyć…aż tu SRU! Gościowi obok wybucha twarz! Jego skóra i
mięsiwo walają się po całym peronie, ptaki mają używanie, ludzie zaczynają
wymiotować. Dzieci oraz kobiety krzyczeć, albo nie, wszyscy zaczynają krzyczeć!
Prawda, że zabawne?
Tak, na kacu zawsze mam galopadę
potwornych wizji. No dobra, na trzeźwo też.
Pociąg jak zwykle „subtelnie”
podjeżdża na stację. Ej, naprawdę z tą eksplozją to niewiele brakuje. Ładuję się
do przodu, zawsze tak robię, bez specjalnego powodu, po prostu.
Wszystko zajęte, będę siedział
albo naprzeciwko kogoś, albo obok kogoś, albo pomiędzy kimś a kimś. Intuicja,
której zawsze należy słuchać, posadziła mnie naprzeciwko jegomościa w
kowbojskim kapeluszu, czerwonej z przepicia twarzy oraz długich siwych włosach.
Widzę jego spojrzenie i wiem, że będzie to ciekawa podróż do Grudziądza.
Wyciągam chusteczkę higieniczną i
chce czyścić okulary. Z tym to zawsze problem, albo jakieś tłuste smugi, albo
pył, albo kurz, albo seria innych gówien czyhających na szkiełka do oglądania
świata.
- Czekaj, nie tym. – Jegomość wyciąga
specjalną czystą szmatkę, taką do czyszczenia monitorów i takich tam. Podaje mi
ją. Jestem zaskoczony, dziękuję mu, z namaszczeniem wycieram okulary.
Jegomość bierze komórkę, coś
czyta.
- Aniołek, kurwa, aniołek. Tak mówiła
na niego ciotka, bo każdy broił a on nawet jak zbroił to zawsze miał niewinną
minę. Jadę do niego, to kuzyn. Chcesz piwo?
Chciałem.
Podał mi Lecha i przedstawił się
jako Robert.
Pijemy rzecz jasna dyskretnie, ale
pani konduktor nic by nie powiedziała, znam ją z widzenia, ona także mnie zna. Kiedyś
jak wracałem ostatnim pociągiem to też piła piwo, mniej dyskretnie, wtedy
znacząco odwróciłem twarz do okna. A dziś sprawdza bilety i uśmiecha się do
mnie.
- Wiesz, jadę na pogrzeb,
przyjaciel zrobił nam na złość i umarł na zawał – głupi chuj. Był jak brat,
masz brata? Bo ja nie mam a zawsze chciałem. – Robert ma dziwne oczy, jak u
dziecka co ciągle odkrywa z pasją każdy skrawek planety. Takie iskry osadzone w
twarzy wyglądającej na tysiąc lat.
Milczymy przez chwilę, mijamy
wypalane trawy. Piwo jest dobre, łagodzi ból moich zatok, kac ustępuje.
- Bóg musi być strasznie
złośliwym skurwysynem. - Powiedział szeptem wiekowy kowboj
- Czemu?
- Po prostu, rozglądam się i tak
właśnie myślę. Wiesz, bo jak bym był Bogiem, też nie mógłbym się powstrzymać. –
Bierze drugie piwo, szybko pije.. – Nie chce wysiadać trzeźwy w Grudziądzu,
rozumiesz?
Rozumiem go.
Dosiadają się do nas dwie młode
kobiety, jedna z nich przez chwilę patrzy mi w oczy, potem szybko odwraca
wzrok. Kiedy kilka osób wysiada w Kornatowie, natychmiast od nas uciekają. Co
zobaczyłaś pod moją powieką? Wrażliwa istoto z pięknego czystego świata, a może
z takiego jak mój i to Cię tak przeraża?
Robert bierze głęboki wdech:
- Wiesz, kiedyś napiszę książkę.
O, jak każdy, myślę sobie.
- O czym?
- O wszystkim kurwa.
Grudziądz Przedmieście, syf, kiła
i mogiła, wysiadamy. Miasto o którym jeszcze nie raz napiszę, wita swym ponurym
uśmiechem.
Żegnamy się nadal nic o sobie nie
wiedząc.
Zapach wypalanych traw jest
wszechobecny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz